Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Dzień 4

Zatoka Funchal

4 grudnia, piątek

Caniço de Baxio - Funchal - Monte - Funchal - Caniço de Baxio - Garajau - Câmara de Lobos - Caniço de Baxio

Budzimy się rano, cudownie jest słuchać szumu oceanu i czuć delikatny podmuch wiatru na sobie. Ok. 200 metrów od nabrzeża przepływa prom z Funchal na wyspę Porto Santo, która znajduje się na północny wschód od Madery, znana jest z kilkumetrowych piaszczystych plaż (rejs kosztuje ok 20 € do kupienia w biurach podróży w Funchal).

Temperatura wynosi jakieś 20 stopni.

Korzystając z tego, że autobus odjeżdża o 10, idziemy skorzystać z oferty rekreacyjnej hotelu. O godzinie 8 basen, jacuzzi, salę fitness z siłownią i dwie sauny mamy dla siebie. Spędzamy tutaj godzinę i idziemy na śniadanie, które każdego dnia jest bardzo podobne, zresztą jak w większości hoteli. Po śniadaniu udajemy się na parking przed hotelem Rocamar gdzie czeka już autokar. Jest to nasza druga przejażdżka autobusem po Maderze i ponownie zaskakuje nas sprawność z jaką kierowcy autobusów poruszają się po wąskich jak na autobusy ulicach. Po ok 40 minutach podjeżdżamy na jeden z przystanków przy Avenida do Mar, arterii przebiegającej wzdłuż nabrzeża.

Dowiadujemy się, że z tego miejsca autobus wraca do hotelu, mamy więc czas do ok 15.50, ponieważ zapisaliśmy się na powrót o 16. Bardzo szybko zdajemy sobie sprawę z tego, że do Funchal lepiej nie wjeżdżać samochodem. Bardzo ciężko znaleźć tu miejsce do parkowania. Poruszanie się pieszo jest o wiele prostsze i przyjemniejsze. Kolejna rzecz, na którą zwróciliśmy uwagę, to fakt, że większość miejscowości na Maderze jest mniejsza w rzeczywistości, niż wskazywałby na to ich obrys na mapie. Z Funchal jest odwrotnie, jest większe a ruch przypomina ten jaki znamy z miast w Polsce ( w mieście tym mieszka ok 1/3 ludności Madery).

Jako, że głównie przyjechaliśmy na targ od razu ruszamy w jego stronę czyli w kierunku Zona Velha (Starego Miasta). Okazuje się, że światła dla pieszych mogą tam nie istnieć, piesi przechodzą na czerwonym świetle, gdy tylko nie jedzie samochód, szybko się do tego przyzwyczajamy, starając "wtopić" się w rdzennych mieszkańców tego miasta :) Po kilku minutach spaceru stoimy przed budynkiem Mercado dos Lavradores, przed budynkiem spory ruch, kwiaciarki w tradycyjnych strojach układają wiązanki kwiatów, wchodzimy do środka, okazuje się, że turyści to zdecydowana większość osób w tym budynku. Przemykamy przez stoiska z kwiatami, owocami i warzywami, kierując się w stronę części rybnej, w pewnym momencie podążamy już za zapachem ryb, który dla nas jest specyficzny, gdyż w niczym nie przypomina zapachu, jaki znamy z naszych sklepów czy stoisk rybnych. Docieramy do sali z rybami, najpierw patrzymy na to z góry, gdyż jest ona umiejscowiona poniżej sali, z której weszliśmy. Od razu wchodzimy na stoisko, gdzie sprzedawca kroi swego rodzaju maczetą tuńczyka na kawałki, a że tuńczyk jest spory - mniej więcej wielkości korpusu dorosłego mężczyzny to jest na co popatrzeć. Później idziemy zobaczyć czarną espadę, której jest tutaj mnóstwo oraz parę innych ryb, których nigdy nie widzieliśmy i ich nazw nie znamy. Oczywiście wszystko dokumentujemy zdjęciami. Wypatrujemy sympatycznego sprzedawcę i pytamy czy możemy zrobić sobie z nim zdjęcie i oczywiście wielkim tuńczykiem. Pan bez problemów się zgadza wręczając maczetę w dłoń i cyk-pyk mamy zdjęcie. Kilkanaście miesięcy później podczas oglądania programu "Makłowicz w podróży" zrealizowanego na Maderze rozpoznajemy tego właśnie sprzedawcę i pana Makłowicza, który podobnie jak my dostał zgodę na pożyczenie maczety do zdjęć :) Wychodzimy z sali z rybami, idziemy na pierwsze piętro gdzie są owoce. Przy wejściu czeka już Pani, która handluje owocami i cierpliwie częstuje nas niemal każdym z owoców jakie ma w ofercie, pomimo tego, że zaznaczamy, że chcemy tylko pooglądać. Po degustacji idziemy dalej i okazuje się, że na każde zadane przez nas pytanie - co to za owoc, otrzymujemy odpowiedź i kawałek na spróbowanie.

Po tych przygodach rybno - owocowych wychodzimy z Mercado i decydujemy, że czas zobaczyć miejsce o wdzięcznej nazwie Adegas de Sao Francisco - czyli winiarnie firmy Blandy's. Droga do tego miejsca przebiega obok Katedry, zatrzymujemy się przy Katedrze robiąc zdjęcia na zewnątrz - w środku się nie dało, ponieważ odbywała się msza. Po drodze wchodzimy w każdy zakamarek, jaki nam wpada w oko i w taki oto sposób trafiamy do winiarni. Na miejscu okazuje się, że są dwie części ogólnodostępna część, oraz część którą można zwiedzać z przewodnikiem. Najbliższa pora zwiedzania z przewodnikiem anglojęzycznym była o godzinie 14.30. Postanawiamy ten czas oczekiwania spędzić na górze Monte. Ponownie kierujemy się w stronę Mercado - kolejka (Teleférico) na Monte jest za targiem rybnym. Tutaj kolejne zdziwienie, my i maderczycy inaczej odbieramy słowo "daleko" dla maderczyków daleko to jest już 5 minut drogi spacerem. Szybko znajdujemy się przy budynku kolejki, kupujemy bilet w dwie strony (15 € od osoby, przejazd w jedną stronę kosztuje 10 €, kasy są też w Monte) i ustawiamy się w dość długi ogonek osób oczekujących na wjazd. Po 15 minutach wsiadamy do wagoniku razem z 4 innymi osobami (wagoniki są 8 osobowe, ale wtedy jest już ciasnawo) pani z obsługi kolejki pstryka nam fotkę i jedziemy w górę, podróż trwa ok 15 - 20 minut. Z kolejki widać, jak zróżnicowane jest Funchal, są budynki piękne i zadbane, ale są też bardzo mocno zapuszczone z pozapadanymi dachami, bez okien, każda wolna przestrzeń jest zagospodarowana do maksimum.

Na górze Monte idziemy zobaczyć bezpłatnie ogród hotelu Quinta, który specjalnie nas nie zachwyca - pewnie przez to, że jest grudzień, a nie kwiecień czy maj. Ogrody płatne sobie opuszczamy gdyż cała Madera to jeden wielki ogród, idziemy dalej w stronę kościoła. Przystajemy przy schodach prowadzących do kościoła gdyż z tego miejsca dobrze widać początek trasy saneczkowej. Akurat trafiliśmy na moment, kiedy podjechał samochód wyładowany saneczkami (Iveco Daily). Panowie w białych ubraniach mocno się ożywili, ci którzy ściągnęli wiklinowe sanie z drewnianymi płozami ustawiali się na początku trasy, a ich "capo" jedyny z towarzystwa ubrany na czarno w tym momencie sprzedawał bilety (25 € za dwie osoby!), po czym turyści zajmowali miejsce w saniach. Następuje krótki bieg, panowie początkowo pchają sanie przez parę metrów, a później jadą z tyłu popychając je od czasu do czasu. Sanie nie rozwijają zawrotnej prędkości, ale jedzie się nimi bokiem pomiędzy samochodami co z pewnością wzmaga wrażenia. Momentalnie na ulicach wkoło startu trasy saneczkowej i na samej trasie robi się tłok samochodowo - saneczkowo - osobowy. Jako, że mamy mało czasu nie korzystamy ze zjazdu i idziemy w górę do kościoła. Na zewnętrznych ścianach kościoła są ciekawe sceny z Jezusem, które namalowane są na płytkach ceramicznych - takie jakie są w wielu domach w kuchni czy łazience. Podobne malowidła na płytkach zwane azulejos są w wielu miejscach Madery, niedaleko naszego hotelu jest dom, którego płot jest ozdobiony bardzo kolorowymi azulejos.

Sam kościół to miejsce, w którym został pochowany ostatni władca Austro - Węgier Karol I Habsburg. Jego czarny grobowiec znajduje się po lewej stronie kościoła. Po obejrzeniu wszystkiego co wydaje nas się atrakcyjne udajemy się do kolejki i zjeżdżamy w dół. Zjeżdżamy sami - najprawdopodobniej niewiele osób korzysta z tej formy powrotu do Funchal. Prosto ze stacji kolejki udajemy się prosto do winiarni, kupujemy bilety (5 € od osoby). Okazuje się, że na koniec zwiedzania odbywa się degustacja - jest to nam bardzo na rękę, ponieważ chcemy kupić do Polski jakieś wina z Madery. Rozpoczyna się oprowadzanie, naszym przewodnikiem jest sympatyczna dziewczyna, która płynnie mówi po angielsku i bez problemu odpowiada na pytania zadawane przez grupę. Przechodzimy przez kolejne sale począwszy od sali, gdzie słyszymy o procesie wytwarzania beczek do wytwarzania wina, poprzez gatunki wina, winogron, oglądamy leżakujące wino w mniejszych i większych beczkach. Największe są wysokości ok 2,5 metra, dowiadujemy się o tym jak produkuje się wino, oglądamy pokaz zdjęć z produkcji, niestety okazuje się, że są to wina wzmacniane spirytusem, następnie trafiamy do sali, która przypomina salę muzeum. Są tu zbiory ksiąg rachunkowych firmy Blandy's począwszy od roku 1780 bodajże, maszyny do pisania, sprzęt do produkcji. Z tej sali schodzimy na dół i wchodzimy do pomieszczenia, w którym można za opłatą degustować produkty firmy, każda osoba, która zwiedzała winiarnie otrzymuje dwa kieliszki (nie lampki) jeden kieliszek z zawartością Bual drugi z Malvazią, nie przypada nam ten trunek do gustu. Opuszczamy winiarnię rodziny Blandy's. Idziemy w stronę katedry z zamiarem sfotografowania wnętrza, po drodze trafiamy do parku, w którym robimy sobie chwilę wytchnienia i kierujemy się w stronę Katedry. Niestety i tym razem nie udaje się zrobić zdjęć w środku.

Głód już dokucza więc trzeba by coś zjeść, trafiamy na budkę, gdzie sprzedają coś co wygląda jak długa bułka z parówką lub bekonem zapiekanym w środku. Bułkę tą robią od początku do końca na miejscu, widzę, że jest to zwykłe ciasto z mąki, wody i soli. Taka bułko - kanapka (bolo do CaCo) kosztuje od 1,5 do 2 €, zasyciliśmy głód i udajemy się w stronę miejsca gdzie wysiedliśmy z autobusu. Robimy parę zdjęć statkom i wsiadamy do autobusu. Po ok 40 minutach jesteśmy w hotelu, po drodze już zaplanowaliśmy, że przesiądziemy się do samochodu i pojedziemy do Garajau miejscowości oddalonej od Caniço o ok 3 km, gdzie znajduje się figura Chrystusa Cristo Rei, łudząco podobna, lecz mniejsza do tej jaką znamy z Rio de Janeiro. Tak też robimy, na miejscu okazuje się, że to miejsce gdzie zjeżdżają się zakochani z okolicy także z Funchal. Jak zwykle seria zdjęć, widać stąd panoramę Funchal, schodzimy poniżej figury i ponownie seria zdjęć. Wracamy powoli do samochodu, wszystko byłoby ok, tylko, że teraz trzeba podejść schodami w górę, niby się do tego przyzwyczailiśmy, że tutaj chodzi się pod górę albo z góry, ale mimo wszystko lepiej się schodzi :)

Jest jeszcze jest widno idziemy za ciosem i udajemy się do Câmara de Lobos, miasta na zachód od Funchal, które słynie głównie z tego, że na tarasie tutejszej restauracji - Winston Churchill lubił rozstawiać sztalugi i malować zatokę, dzisiaj ta restauracja nosi nazwę Churchill's i jest doskonale widoczna z zatoki.

Câmara de Lobos jest przy via Rapidzie tak że bardzo szybko dojeżdżamy na miejsce i zatrzymujemy się na parkingu przy samej zatoce - jak do tej pory to pierwszy parking gdzie płacimy za postój samochodu - godzina kosztowała nas 80 centów. Sama miejscowość nie zachwyca, ale dla mnie ma niesamowity klimat ze względu na rybaków, których można spotkać niemal przez cały dzień przy zatoce. Gdy skończą zajęcia przy łodziach i swoich połowach grają między sobą w karty, wyglądają wtedy niemal jak piraci. Tworzą zamkniętą grupę co jeszcze bardziej wzmaga tajemniczy nastrój. Kierujemy się w stronę sławnej restauracji i zamawiamy kawę - ta w hotelu podawana do śniadania - jak już wspominałem kawy nie przypomina. Pijemy kawę obserwując zachód słońca i rybaków. Patrząc na nich z góry nadal nie mogę odpędzić od siebie wrażenia mroczności tego miejsca i bardzo mi się to podoba. Wypiliśmy kawę i wychodzimy od "frontu" kierujemy się w górę obchodząc zatokę i trafiamy na świąteczny akcent - szopka, prezenty, palmy obwieszone światełkami, sztuczny śnieg. Generalnie na każdym kroku spotykamy podobne akcenty, szopki, św. Mikołaje, obwieszone lampkami drzewa, kapitalnie wyglądają palmy ze światełkami. Mamy wrażenie, że tak ozdobionych miast i miasteczek w Polsce nie widzieliśmy - mistrzostwem świata jest Funchal.

Docieramy na parking i udajemy się w drogę do hotelu, znowu wpadamy na szatański pomysł i chcemy zobaczyć Cabo Girão jeden z najwyższych klifów, który znajduje się obok Câmara de Lobos. Droga jak zwykle pod górę, przed nami autobus, który zatrzymuje się dosłownie co kilkaset metrów wysadzając pasażerów gdzie chcą, jazda w skrócie wyglądała tak: jedynka rozpędzenie się do 30 km/h, dwójka i hamowanie. Zaciągnięcie ręcznego, ruszamy i znowu, jedynka, dwójka i stop, nie przekroczyliśmy 30 km/h, po kilku kilometrach gdy zrobiło się ciemno postanawiamy zawrócić i zostawić ten klif na później. Co do jazdy samochodem, tutaj jazda ogranicza się w zasadzie do korzystania z trzech biegów i hamulca ręcznego, czwarty bieg używany był rzadko, a piąty bardzo rzadko. 5-tki poza via Rapidą nie używałem nigdy. Wbrew pozorom jeździ się bardzo dobrze, warto wypożyczyć samochód choćby na jeden dzień, żeby przekonać się jak idzie nam jazda po maderskich drogach.

Wieczór minął standardowo, obiado-kolacja i delektowanie się winem na balkonie.

Na jutro zaplanowaliśmy wycieczkę na Pico Ruivo - najwyższy szczyt Madery, oby tylko pogoda dopisała, dzisiaj słyszeliśmy, od osób, które były na tym szczycie, że z pogodą było różnie.



Nawigacja


Dzień 1 Dzień 2 Dzień 3

Dzień 4

Dzień 5 Dzień 6 Dzień 7 Dzień 8

Dzień 4 na zdjęciach




Do pobrania


Dzień 4 Przewodnik po Maderze

Nasza trasa - dzień 4



Pokaż Madera - dzień 4 na większej mapie
Powyższa mapa przedstawia przebieg trasy w przybliżeniu.