Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Jak tam trafiłem

Zgodnie z radą siostry, która pakowała się w ostatniej chwili i dzięki temu miała się w co ubrać, bo jedna walizka poleciała do Egiptu, a nie na Teneryfę, do każdej z trzech waliz wkładamy po części rzeczy każdego. Nawet gdy dwie polecą w inny koniec świata, będzie kilka rzeczy na zmianę.

Bus do Warszawy zarezerwowany na wieczór. Wcześniej się nie dało; ja tego dnia wracam z pracy po trzeciej, żona po piątej.

Itaka nie zapewnia bezpłatnego transportu ani takiegoż parkingu koło lotniska jak kilka innych biur. Na szczęście jesteśmy w komfortowej sytuacji; dwie moje siostry osiadły w stolycy. No to wieczorem z całą rodzina i trzema potężnymi walizami ładujemy się do jednej z nich. Za parę godzin szwagier wiezie nas na lotnisko. Na stoisku Itaki dostajemy resztę kwitów i idziemy do stanowiska odpraw.

Oczywiście w odprawie granicznej musiały być jaja. Syn musiał zdjąć buty (glany), bo czujnik piszczał. Także żona i córka poszły na przeszukanie. Już po wszystkim idziemy do sklepu, by kupić coś do picia. Bo co prawda według strażników granicznych na pokład nie wolno wnosić żadnych płynów w butelkach o pojemności powyżej 100 ml, ale ten zakaz dotyczy wyłącznie płynów przywiezionych ze sobą. W sklepie na lotnisku możesz kupić nawet beczkę i wtaszczyć ja na pokład. Skąd ten paradoks? Ano stąd, że lotnisko też chce zarobić. Za wodę, która w normalnym sklepie kosztuje złotówkę, na lotnisku trzeba zapłacić 4 zł. Chyba wszyscy się umówili co do czterokrotnego przebicia, bo identycznie było na lotnisku w Funchalu...

Wsiadamy do boeinga 737. Wiemy, gdzie jesteśmy; z sufitu opuściły się ekrany, na których przez całą drogę pokazywana była mapa z aktualnym położeniem samolotu oraz parametry lotu, prędkość, wysokość, temperatura za oknem itp. Tylko z załoga ciężko się porozumieć. Samolot należy do czeskiej linii, która obsługuje m.in. polskie biura podróży. W jedną stronę pilot i załoga przynajmniej próbowali mówić po polsku. W drugą nie. Wszystkie komunikaty były po czesku i angielsku. A przecież przeciętny turysta ma prawo nie znać angielskiego, o czeskim nie wspominając. Mogliby zatrudnić przynajmniej jako stewardessy dziewczyny znające polski. Owszem, gdy ktoś mówi normalnie, można zrozumieć, ale szybkie komunikaty przez głośnik są nie do skumania.

W końcu poruszenie; widać morze, a zaraz potem ląd. Widzimy skaliste góry porośnięte zielenią. Madera. No i oczywiście charakterystyczny pas startowy na palach. Żona wiedziała, że tak będziemy lądować, ale dopiero teraz do niej to dotarło. Do innych widocznie też, bo gdy samolot gładko wylądował, rozległy się gromkie brawa.

Wszyscy rzucają się do wyjścia. Nic dziwnego, wylatywaliśmy z mroźnej Polski, a za oknem piękne słoneczko, wokoło kwitną kwiaty, temperatura coś kolo 20 stopni. Już baliśmy się, że zostaniemy bez jednej walizki; dwie są, trzeciej brak. Ale czekamy spokojnie; raz, ze jeszcze nie wszystkie spadły na podajnik, dwa, że i tak sobie poradzimy, tyle że trzeba będzie coś uprać. Ale i nasza trzecia waliza się pojawia. Zaraz potem przejmują nas rezydentki i kierują do konkretnych autobusów w zależności od hotelu. My trafiamy do trzeciego.

Po kilkunastu minutach jazdy świetną dwupasmówką, jakościowo porównywalną jedynie z nową ekspresówką z Warszawy do Białegostoku, podjeżdżamy pod hotel. Stoimy w kolejce do meldowania. A że ta jest długa, to najpierw żona z dziećmi, potem ja z synem wychodzimy pospacerować.

Gdy dochodzi moja kolej, okazuje się, muszę poczekać. Bo pokój nie jest gotowy. Ten sam problem ma jeszcze kilka osób. Panie z kolejki proszą mnie, bym robił za... tłumacza. To mniej więcej jak wiódł ślepy kulawego; mój angielski jest wręcz zerowy. Ale coś tam im podpowiedziałem.

Wszyscy po kolei dostają pokoje, a my nie. Zaczyna mnie to coraz bardziej denerwować. Inni mogą się rozpakować i iść nad morze, a ja muszę tu sterczeć jak głupi. Dziewczyny w końcu poszły się opalać na leżakach, a ja z Krzyśkiem wzięliśmy szachy (były w pokoju gier) i strzeliliśmy sobie partyjkę.

Poszliśmy zobaczyć, co się dzieje; okazuje się, że w naszych pokojach szaleją sprzątaczki. W  końcu recepcjonistka daje nam jeden klucz. W końcu, po dwóch (!) godzinach od przyjazdu, możemy się umyć, przebrać i rozpakować. Po następnej godzinie (!) dostajemy telefon z recepcji; do wzięcia jest drugi klucz do sąsiedniego pokoju.

Po przebraniu się w krótkie spodenki, takąż koszulkę, idziemy nad ocean. Od razu widać, ze to wyspa wulkaniczna. Skały to po prostu zastygła lawa, miejscami w formie porowatego pumeksu. Fale spore, choć za mocno nie dmucha. Ale cóż, to nie Adriatyk; tu fale mają się gdzie rozpędzić. Na skałach siedzą potężne, czarno-czerwono-żółte kraby, jakich na Chorwacji nie widzieliśmy.

Dziewczyny idą sobie poleżeć na leżakach, a chłopaki sobie wskoczą do wody. Syn popluskał się w basenie z morską wodą, a ja wskoczyłem do oceanu. Prowadziły doń schodki zakończone drabinką z poręczami – taka jak na basenach. Trochę się bałem; za mną zawał, lekarski zakaz dużych wysiłków, a tu – jeśli fala mnie zechce znosić, to czeka mnie potężny wysiłek, który zakończy się bolesnym duszeniem w płucach, ciśnieniem przekraczającym 200 i powrotem do kraju w metalowej skrzyni...

Ale wskoczyłem. Spore fale zalewały drabinkę. Trochę popływałem obok niej i zaraz fala rzuciła mnie na nią. Ale nie zdążyłem złapać za poręcz, bo powracająca woda wciągnęła mnie w topiel. Ale z następną falą już chwyciłem poręczy i wyszedłem. Wolę nie ryzykować, a i tak mogę już mówić, że pływałem w Atlantyku.

Zaraz idziemy na spacer po nadmorskim Canico. Pstrykamy zdjęcia na nadmorskich kamieniach, syn próbuje łapać spasione koty o niesamowicie puszystych ogonach. Kupuję mapę. Mam spory wybór, ale najbardziej mi się podoba taka w skali 1:75000. Dokładna i powlekana, co ma znaczenie podczas deszczu.

I tak aż do kolacji. W restauracji od razu dopada nas kelner, sadza przy stoliku i pyta, co zamawiamy do picia. A my nie zamawiamy nic. Napoje są płatne dodatkowo, oczywiście po cenach zbójeckich. Raz, w zapadłej frankońskiej wsi zdarzyło mi się wypić napój płatny dodatkowo. To była najdroższa herbata w życiu; 2 euro. Tutaj nie ma absolutnie nic darmowego do picia. Jedyne w miarę płynne rzeczy to sałatka owocowa oraz pokrojone w plastry pomidory. Jak się okazuje, większość Polaków nie bierze nic do picia. Natomiast Niemcy sobie nie żałują. Ale cóż, oni mają wielokrotnie (minimum czterokrotnie) wyższe zarobki niż my, to dla nich 4 euro za lampkę wina to mało. Bywalcy hoteli dobrze wiedzą, że gdy jest adnotacja o dodatkowo płatnych napojach do kolacji, trzeba ze sobą zabrać czajnik. My takiej wiedzy nie posiadaliśmy; zawsze wszystko organizowaliśmy we własnym zakresie, więc takiej pułapki nie spodziewaliśmy się. Ale sobie poradzimy. Po kolacji kupimy wodę w sklepie, który widzieliśmy po drodze. Sama kolacja jednak jest świetna. Mnie szczególnie przypadły do gustu kalmary nadziewane małymi ośmiornicami lub własnymi... głowami. Ktoś kiedyś mawiał, że salceson to zwierzę zapakowane do własnego żołądka. Tu było prawie to samo; kalmar zapakowany do własnego odwłoka...

Po kolacji jeszcze raz nad morze, w drodze powrotnej kupujemy wspomnianą wodę, ale także wino maderskie i likier bananowy. Jak nas znam, to wystarczy na cały pobyt. Wino okazuje się być dobre, tyle tylko, że wyraźnie się czuje, że był tu dolewany spirytus. Gdyby nie to, byłoby to świetne wino. Z kolei likier żonie nie smakuje; jest zbyt słodki. No to się wymienimy; ona wypije wino, bo jej smakuje, a ja likier, bo mi też smakuje.



Nawigacja


Strona 1

Strona 2

Strona 3 Strona 4 Strona 5 Strona 6 Strona 7 Strona 8 Strona 9 Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.