Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Funchal

Następnego dnia po śniadaniu (na którym pijemy ogromne ilości soków i herbat) wsiadamy do bezpłatnego hotelowego autobusu do Funchalu (wcześniej zamówiłem cztery miejsca). Po kilkunastu minutach jesteśmy na miejscu, przy nadmorskiej promenadzie, tuż za jakimś zamkiem, który według przewodnika jest fortem São Lourenço.

Na promenadzie Ola uparła się, że musi sobie kupić pamiątkę w postaci rysunku toreadora. 15 euro i ma.

Na przystanku widzimy, że zaraz będzie autobus do ogrodu botanicznego. Na tablicy widzimy, za ile minut dany autobus będzie. Jak się okazuje, tablica łże; ostatnia minuta oczekiwania na nasz autobus trwała może z pięć minut...

W końcu podjeżdża. Za coś koło ośmiu euro kupuje cztery bilety formatu karty do bankomatu i jedziemy. Kierowca przyciska gaz, z impetem wjeżdżając w wąskie i kręte jak cholera uliczki, zastawione samochodami nawet na środku zakrętu. A ja patrzę; wszak już jutro czeka mnie to samo. Dam radę...

W ogrodzie zaraz rzucam się do robienia zdjęć krajobrazów i kwiatów. I kaktusów. Oto owocujące opuncje. Czerwone i żółte. Dwa lata temu na Chorwacji spróbowałem taki owoc. Dwa dni bolały mnie usta i język, w które powbijały się cieniutkie jak pół włosa i łamliwe kolce. Teraz ostrzegam córkę, by uważała na pęki tych kolców. Niestety... Pół dnia narzekała, że jeszcze ja coś kłuje w język...

Asia ma hopla na punkcie jakiejś tropikalnej rośliny. Na Krymie i w Chorwacji zatrzymywała się pod każdą palmą. Na Maderze palmy są wszędzie, więc tu zagięła parol na banany. A tu w ogrodzie rosną prawdziwe, dzikie banany. Szybki wykład dla syna (wojewódzka olimpiada przyrodnicza...) na temat kwiatów złożonych na przykładzie banana i próbujemy banany. Małe, pełne sporych, twardych jak kamyki nasion, ale aromatyczne jak żaden dostępny w sklepie. Koncentrat banana...

Oczywiście szczególnie chętnie fotografuję oryginalną strelicję królewską, która – choć z południowej Afryki – jest uważana za symbol Madery. Trafiłem na ujęcie wręcz pocztówkowe; na pierwszym planie kwitnąca strelicja, w tle liść bananowca i palma, a z tyłu zamglony Atlantyk i port Funchalu z zacumowanym potężnym statkiem wycieczkowym.

Palmy, sagowce, akacje – cały tropik. W końcu trafiamy z synem na mały placyk, gdzie w klatce siedzi rozwrzeszczana papuga. Z tego wrzasku rozróżniam słowo Ola. No to mówię jej: papuga, powiedz Ola. - Ola – odpowiada mi ptasi skrzek.

Przychodzi żona Asia i córka Ola. - papuga, powiedz Ola.
- Ola!
Zachwycona córka wyciąga nastawiony na kamerę telefon i pyta: - Jak mam na imię?
- Ola!
Potem głośny śmiech.

Zagadka szybko została rozwiązana przez znająca hiszpański córkę Olę. Ola to po hiszpańsku dzień dobry czy coś w tym rodzaju. I gdy ona mówiła Ola, publika się śmiała, stad po Oli ten głośny śmiech.

Gadająca papuga była wstępem do ptaszarni z innymi gatunkami papug, kolorowych bażantów i pawi.

Potem poszliśmy w górę ogrodu, do stacji kolejki linowej do Monte. Zerżnęli z nas straszne pieniądze (a przewodnik ostrzegał, że drogo...), ale nie przejechać się kolejką to wręcz wstyd.

Będąc na górze chcieliśmy naszym wzorem zejść do Funchalu piechotą. Ale pracownicy kolejki odradzili nam; owszem, jest ścieżka w dół, ale idzie się nią bardzo długo i na miejsce moglibyśmy dojść... rano, z założeniem, że będziemy szli całą noc, która oczywiście będzie jasna jak dzień.

No to wróciliśmy autobusem, podziwiając po drodze kunszt kierowcy, który brał strome zakręty o 180 stopni. Nie za pierwszym razem; podjechał, stanął w poprzek,wycofał i dopiero wtedy wjechał dalej.

Potem idziemy na bazar, obejrzeć tamtejsze owoce i oczywiście coś kupić. Wiemy mniej więcej, co możemy spotkać. Jabłko budyniowe, przypominające kształtem dużą, zieloną szyszkę o białym cukrowym w smaku miąższu. Znam ten owoc z czasów pracy w Holandii. Banano-ananasa, jak zieloną szyszkę świerkową, kilka gatunków maracui, oczywiście banany, uprawiane tu na każdym kroku. No i pewnie coś innego, nieznanego. Sprzedawcy są przygotowani; mają przekrojone owoce do degustacji. Próbujemy więc każdego. Bierzemy na jednym stoisku po pół kilo żółtych owoców guajawy, tyleż marakui pomidorowej, po jednym jabłku budyniowym i banano-ananasie. Kosztujemy świeżo wyciśniętego soku z trzciny cukrowej z dodatkiem limonki. W innym stoisku kupujemy zamówione przez siostrę suszone ostre papryczki, kosztujemy owoce, żujemy trzcinę cukrową. I bierzemy jeszcze dziwny owoc, mały, czerwony, w kształcie żebrowanej dyni, kwaskowaty i piekielnie drogi – 29 euro za kilo. Bo nietrwały i importowany z Brazylii. To goździkowiec jednokwiatowy, zwany tu pitangą. Ale parę dni później zauważyliśmy w jakimś ogródku drzewko, na którym rosły takie owoce, ale jeszcze zielone.

Jeszcze krótki spacer po staromiejskich uliczkach (gdzie mi zdychają ostatnie akumulatory do aparatu) i wracamy. Bo żona chciała wrócić wcześniej, więc zmieniłem miejsce w hotelowym autobusie na wcześniejszy kurs. Dzieci narzekały, że zepsuła im wycieczkę, ale nie ma tego złego... Przez dwie godziny pomoczyliśmy się w hotelowych basenach (bezpłatne do godz. 18).

Po kolacji znów na spacer wzdłuż brzegu.



Nawigacja


Strona 1 Strona 2

Strona 3

Strona 4 Strona 5 Strona 6 Strona 7 Strona 8 Strona 9 Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.