Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Monte

Rano uporządkowałem samochód, zaparkowałem przed hotelem (wieczorem nie było miejsca), oddałem klucze na recepcji i hotelowym autobusem jedziemy do Funchal.

Najpierw zaglądamy na bazar, by zobaczyć targ rybny. No, rzeczywiście warto było. Wielka hala już co prawda nie jest wypełniona handlującymi, ale jeszcze jest co oglądać. Wszędzie widać pałasze, zwane z portugalska espadami, czyli długie, czarne, zwisające jak taśmy ze stołów. Są w całości, albo tusze bez głów, albo bez skóry. Głowy, czarne, z wyszczerzonymi, pełnymi ostrych zębów paszczami leżą na kupkach. Do tego potężne połcie tuńczyka, przypominające kawały wołowiny. I różne mniej lub bardziej dziwne, mniejszy lub większe ryby. Czarne, czerwone, pomarańczowe, srebrne, brązowe. Z dziwniejszych stworów tylko kilka ośmiornic.

Odnajdujemy autobus do Monte, wsiadamy i jedziemy. W kasie ogrodu tropikalnego kupuję dwa bilety. Ola robi za czternastolatkę. Ogrody rodzinie się podobały. Mnie niespecjalnie. Ot, disneyland urządzony prawdopodobnie przez jakiegoś emerytowanego gubernatora Makau, bo w całym parku aż roi się od chińskich rzeźb. Włóczymy się niespiesznie degustujemy wino (w cenę wliczony jest mały kieliszeczek). Identyczne w smaku jak to, które sączyliśmy wieczorami. I chyba znów widzieliśmy parę starszych Duńczyków, których wieźliśmy nocą z Paul da Serra. Cały park to w zasadzie zestaw alejek z chińskimi rzeźbami i wielkimi ceramicznymi tablicami z historią Portugalii w obrazkach. Obeszliśmy całość, narobiliśmy zdjęć i wracamy.

Jeszcze raz na bazar, musimy dokupić suszonej ostrej papryki na własne potrzeby.

Dopadła nas jakaś handlarka, daje do degustacji a to jabłko budyniowe, a to banano-ananasa, a to guajawę, a to różne gatunki marakui. I bezceremonialnie pakuje nam to do torby, choć wcale nie mamy ochoty niczego kupować. Podliczyła i pokazuje 37,50 euro na kartce. Skrzywiła się mocno, gdy powiedziałem, że mam tylko 20 euro. Powybierała większość, zostawiając parę marakui i innych owoców. Podejrzewam, że nas nieźle zrobiła w balona, ale po podliczeniu okazało się, że jednak nie. Trzy wianuszki suszonych papryczek to już 15 euro. Ale stwierdziliśmy, że jeśli mamy trafić na bazar, to trzeba brać mało pieniędzy, bo handlarze wyciągną wszystko.

Spacerujemy nadmorską promenadą, rodzina próbuje pieczonych kasztanów. Skosztowałem – moje nie były gorsze. Bo też piekłem, gdy pracowałem w Holandii. Mijałem po drodze do prace aleję kasztanową, a właśnie był sezon na kasztany. Nazbierałem i upiekłem. Niby nic specjalnego, ot, mączyste i słodkawe, ale coś w nich było.

Teraz idziemy do Quinta das Cruzes, willi kapitana Zarco. Po drodze podziwiamy stare budynki przy wąskich, stromych uliczkach. Łazimy po parku i wracamy, stwierdzając, że minister Giertych, ile kretyństw by nie wymyślił, to jednak miał jeden dobry pomysł; szkolne mundurki. Wracające ze szkoły dzieci w jednolitych granatowych strojach wyglądają naprawdę ładnie. I to był naprawdę dobry pomysł.

Patrząc z góry na plac ratuszowy zauważyłem, że jego bruk ma zupełnie inny wzór niż uliczka biegnąca od fortu w stronę pomnika Zarco. Na innej uliczce wzór na drodze miał jeszcze inny wzór. Jaka szkoda, że zauważyłem to na pół godziny przed odjazdem i z wyczerpanymi bateriami w aparacie; mógłbym narobić zdjęć i poprzesyłać naszym gminom, gdzie kładzie się jedno- góra dwubarwną kostkę brukową, która do tego jest nietrwała. A naturalny kamień przetrwa setki lat, a nawet dłużej.

W parku znów podziwiamy roślinność, m.in. rosnące na drzewach niedojrzałe owoce pitangi, które niby rosną tylko w Brazylii. Znajdujemy pod drzewem jakiś owoc, przypominający papaję, ale twardy. Dziewczyny w recepcji nie wiedziały co to jest. Dopiero wezwane na pomoc sprzątaczki stwierdziły, że to prawdopodobnie owoc drzewa bawełnianego, czy czegoś w tym rodzaju. Grunt, że to niejadalne, a w środku jest włókno. Już w kraju dobrałem się do niego. Oj, nawet bardzo ostry nóż nie chciał wejść. I nic dziwnego; pod zieloną skórką był „miąższ” w postaci... drewna. A w środku, tam gdzie jest zwykle pestka – biała wata. To rzeczywiście drzewo bawełniane...



Nawigacja


Strona 1 Strona 2 Strona 3 Strona 4 Strona 5 Strona 6 Strona 7 Strona 8

Strona 9

Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.