Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Ribeiro Frio, Santana, Sao Vincente

Dziś mamy bardzo ambitny plan. Dolina Zakonnic w Ribeiro Frio, trójkątne domki w Santanie,wodospady koło Seixal i baseny lawowe w Porto Moniz.

Zaczynamy od ekspresówki, zjazd na Camachę, dalej na Paso del Poiso i do Ribeiro Frio. Po drodze podziwiamy upiorne we mgle lasy. Korci mnie, by się zatrzymać i zrobić parę zdjęć, ale czas goni.

Hodowlę pstrągów odpuszczamy sobie; rodzinę niespecjalnie to interesuje, a ja hodowli pstrągów już kilka widziałem. Idziemy więc na Balkon, by podziwiać Dolinę Zakonnic. Mysikrólik maderski! Endemit! Na drzewie uwija się malutki ptaszek, bardzo podobny do naszego mysikrólika, tylko „berecik” na głowie ma pomarańczowy, a nasz żółty. Ale dał dyla zanim przyszykowałem aparat.

Pierwsza nasza lewada. - Czy lewada pochodzi od słowa lewatywa – pyta Ola...

Lewada wspaniale wykuta w skale, wije się brzegiem ścieżki. Tylko wody w niej nie ma. Wokoło las laurowy. Upiorny, powyginany, obrośnięty porostami, ale takie klimaty lubię... Do tego malowniczy, obrośnięty mchem mostek...

No i Balcoes. Rzeczywiście, warto było. Wspaniały widok na okryte mgłą góry z jednaj strony i morze z drugiej. Zaraz nas obleciały zięby maderskie, podgatunek bardzo podobny do naszych, ale z pomarańczową piersią, gdy nasze są różowobrązowe. Oczywiście chcą coś do jedzenia. Karmimy je okruchami bułki, a ja próbuje sfotografować te zwinne ptaki. Jakoś udało mi się zrobić parę zdjęć lepszych, niż prezentowane na maderskiej stronie ornitologicznej.

Wracając zauważyliśmy paproć drzewiastą. No, dżungla na całego... A potem drugą. Potem przestały już na nas robić wrażenie. Jeszcze tylko pamiątki w postaci skórzanych pasów dla mnie (schudłem po ubiegłorocznych zdrowotnych pierepałkach i spodnie mi opadają) i syna i do Santany.

Znów wijemy się serpentynami, rodzina podziwia widoki, mnie szlag trafia, bo muszę mieć wzrok wbity w drogę. Kilka razy już – miejscowym zwyczajem - zatrąbiłem przed ostrymi zakrętami.

Ledwie wjeżdżamy do Santany, a tu słynne domki. Fotografujemy i idziemy dalej. Zobaczyliśmy trójkątną szopę na polu. Poszliśmy z synem ja obejrzeć (nic ciekawego jak się okazało), a dziewczyny poszły dalej. Nagle widzimy je, jak idą z jakimś starszym Portugalczykiem. Prowadzi nas do swojego obejścia i... pokazuje oborę, w której stoją dwie krowiny. On ani w ząb po angielsku ani hiszpańsku, więc do dziś nie wiemy, czego od nas chciał. Czy pochwalić się krowami, czy zaproponować mleko do kupienia, czy zupełnie coś innego.

Ale powiedział, że dalej trójkątnych domków będzie więcej. No to jedziemy. Rzeczywiście, jest ich trochę. Zszedłem na bok, by sfotografować owocującego grapefruita, a tu słyszę, że woła mnie jakaś zasuszona babina. Pokazuje mi swój dom. Od ulicy widać tylko kryty blachą dach, a z drugiej strony – autentyczny trójkątny dom! Nie disneyland dla turystów jak przy wjeździe, ale prawdziwy. Zaglądam do środka. Jedno malutkie pomieszczenie – ciasno tu... Sama babka nie stanowi powodu do dumy wyspy; prawdopodobnie ma problemy z głową i żyje na garnuszku opieki społecznej.

Za Santaną kilka razy stajemy na punktach widokowych. Raz najadłem się strachu. Zaparkowałem metr za innym samochodem. Kiedy sobie uświadomiłem, że będzie problem z ruszeniem, bo stoimy na stoku, było już za późno; stałem metr od zderzaka a silnik zgaszony. Zapalam, wciskam wsteczny i – jadę do przodu! Po hamulcach! Jeszcze raz – i znów do przodu. Już pół metra od zderzaka! Jeszcze raz mi wsteczny nie wejdzie i pieprznę w samochód! Zaciskam ręczny, wciskam wsteczny, że tym razem nie ma prawa być luz i próbuję ruszyć. Gaz prawa nogą, lewą delikatnie puszczam sprzęgło i prawą ręką równie delikatnie zwalniam hamulec. Czuję, że tym razem się udało, bo samochód powolutku sunie do tyłu. Ufff...

W Sao Vincente też wypadało się zatrzymać, bo zjeżdżając z góry widzieliśmy tam ładną,czarną plażę. Rzeczywiście, dalej kamienie przy wodzie czarny piasek. I spore fale, zalewające czerń plaży bielą piany. Robimy zdjęcia i drażnimy się z oceanem, podchodząc blisko i uciekając przed nadpływającymi falami. Za którymś razem syn nie zdążył... Ola omal nie przewróciła się w morze ze śmiechu. I w tej samej chwili ją też fala zalała...

I robimy naradę bojową. Mamy jeszcze wodospady Seixal i baseny Porto Moniz. A tu za parę godzin będzie ciemno. Decydujemy, że wracamy, pomoczymy się w hotelowych basenach, a jutro wyruszymy wcześniej.



Nawigacja


Strona 1 Strona 2 Strona 3 Strona 4

Strona 5

Strona 6 Strona 7 Strona 8 Strona 9 Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.