Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Seixal, Porto Moniz, Rabacal, Paul da Serra

Z rana po śniadaniu w samochód i w drogę. Na dwupasmówkę, w lewo i do jej końca. Tam kierujemy się na Sao Vincente i jedziemy w głębokiej i długiej przełęczy dzielącej płaskowyż Paul da Serra od postrzępionych masywów wschodniej części wyspy.

W Sao Vincente w lewo i jedziemy. Niedługo potem w oddali widzimy potężny, kilkudziesięciometrowej wysokości wodospad. Jakoż kilkaset metrów przed nim jest restauracja z dużym parkingiem. Stawiamy tam samochód i idziemy. Wodospad rzeczywiście imponujący, choć specjalnie dużo wody nie prowadzi. Zaraz za wodospadem tunel, a u jego wlotu – zamknięta droga, wykuta w pionowej, opadającej do morza skale. To słynna Antiga 101, Północna Droga Nadbrzeżna. Tablica informuje, że jest zamknięta z powodu spadających kamieni. Przejazdu broni łańcuch ze znakiem zakazu wjazdu. Ale wejść można. Podziwiamy kunszt budowniczych, którzy w pionowej skale „wygospodarowali” wąziutki pasek drogi. I cieszę się, że droga jest zamknięta. Z jednej strony pionowa, kilkusetmetrowa ściana, z drugiej przepaść zakończona oceanem, droga wąska i śliska od sączącej się ze skał wody i glonów. Owszem, lubię takie klimaty, ale nie z sobą za kierownicą...

Oczywiście Asia wypatrzyła na tyłach restauracji kilka krzaków banana. Oczywiście musiałem jej (sobie też) pstryknąć parę zdjęć z  zielonymi jeszcze kiściami bananów.

Im bliżej do Seixal tym więcej takich (choć nie tak imponujących) wodospadów. W miasteczku widocznie szykuje się jakieś święto, bo główna ulica udekorowana, a kościół wręcz zarzucony ozdobami z bibuły. No i pustka. Na ulicach nikogo. Idziemy najpierw nad morze. Okazuje się, że baseny lawowe są i tu. Spływające do morza jęzory lawy powrzynały się swoimi „zębami” w wodę, tworząc wąskie i długie zatoczki. Wystarczy jej wylot zablokować betonową tamą i tworzy się basen. Idealny do kąpieli; bez fal a latem z cieplejszą, bo podgrzaną słońcem wodą.

Pstrykamy zdjęcia i wracamy. Po drodze napotykam krzewy z czerwonymi owocami. Miałem nauczkę, by nie próbować tutejszych nie sprawdzonych „specjałów”, ale nie mogłem się powstrzymać. Wewnątrz czerwony miąższ, z którego wyciekały mlecznobiałe krople. Było toto słodkie, ale smak o niczym nie świadczy. Pytam napotkanych Portugalczyków, co toto jest i czy jadalne. Nie mają pojęcia co to jest, a na pytanie o jadalność, charakterystycznie przeciągają dłonią po szyi. Nie bardzo im wierzę, ale lepiej nie próbować...

Leniwie spacerujemy po pustych uliczkach, idąc w stronę portu, skąd jest najlepszy widok na lejące się wprost do oceanu wodospady. Po drodze oglądamy typowe maderskie miasteczko. Każdy płaski kawałek ziemi obsadzony. Nawet w winnicy nie marnuje się ziemia; obok krzewów winorośli właśnie kiełkują kartofle. Tu po płocie pnie się passiflora, która jeśli jest uprawiana na owoce, jest znana jako marakuja. Ówdzie w ogrodzie strzela w górę badyl papai z wiechciem liści na szczycie i parunastoma owocami przyczepionymi do owego badyla.

Nieco dalej Syczuan – jak nazywam te krajobrazy, czyli wąskie paski pól tarasowych na stromym stoku wzgórza. Chińskość potęgują dachy starych domów, jakoś dziwnie unoszące się na brzegach – normalnie jak w Chinach.

Schodzimy do pustego portu z piaszczystą, czarną plażą. Chłoniemy leniwą atmosferę Południa. Zaglądamy do kościoła. Wrota zdobi brama upleciona z liści laurowych i kwiatów, storczyków, kalii i innych. Idąc w stronę samochodu, nagle słyszymy huk. Potem kolejny. I następny. Na promenadzie stoi dwóch miejscowych; jeden podaje drugiemu rakiety, a drugi papierosem przypala lont i puszcza je z piekielnym hukiem.

Korciło nas, by zostać i zobaczyć, co się będzie dalej działo, ale przecież mamy dziś pracowity dzień.

Porto Moniz trafiło się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo jak wylądowaliśmy w porcie. To znaczy wiadomo; wokoło były płatne parkingi, a w porcie można było postawić samochód za darmo. Baseny lawowe są tu wszędzie. Krzysiek oczywiście musi wskoczyć, choć woda zimna. Wskoczył, popływał i stwierdził, ze to dobre rozwiązanie, ale nie na zimę, bo trochę za zimna woda.

Łazimy po promenadzie, pstrykamy foty i rusza/my dalej. Nie ma tu nic ciekawego, jeśli nie liczyć akwarium. Ot, nadmorski grajdoł. Nie ma żadnej atmosfery, jak w sąsiednim Seixal, nie ma niczego ciekawego, jak choćby w Santanie.

Ale wyjechać stąd niełatwo. Za miastem piętrzą się niebotyczne skały. Na drogę główną muszę wyjechać stromo pod górę. Nie dam rady; muszę po raz kolejny ruszać z ręcznego. Udało się. Zakręty takie, że kilka razy muszę trąbić. Warto; za zakrętem widzę samochód, który wyraźnie zwolnił, słysząc sygnał. W końcu, po iluś tam serpentynach, drogowskaz na Rabacal. Po paru kilometrów widzimy krajobraz jak z Teletubisiów, jak określiły dzieci. Nisko przystrzyżona trawa i gdzieniegdzie krzaki. A w oddali malownicze góry. Zatrzymujemy się. Nagle widzimy, że w krzakach, porastających niemal pionową przepaść z jednej strony drogi (z drugiej jest równina) coś się rusza. Krowa! Żadna polska krowa nie potrafiłaby takiej sztuki; od razu poleciałaby w dół. A ta się pasie i zgryza liście z kolczastych krzewów. Nasza by tego nie tknęła. A ta zachowuje się nawet nie jak koza, ale wręcz jak kozica górska.

Krowa niespiesznie wychodzi ze stromizny, wchodzi na drogę i powolutku, ukośnie przechodzi na drugą stronę. Że z drugiej strony jedzie samochód? To poczeka! I kierowca grzecznie czeka, aż krasula łaskawie zechce go przepuścić.

O – a tu jest lewada! Nie wykute w skale koryto, lecz wykopany w ziemi rowek, którym płynie bystra woda. I właśnie taka lewada się najbardziej podoba mojej rodzinie. I moim zdaniem ona w sobie coś ma.

Jedziemy dalej. Po drodze jeszcze parę razy zatrzymujemy się podziwiać widoki i pstrykać foty. Już wiem (domyślałem się tego wcześniej, teraz mam potwierdzenie), gdzie pasą się krowy, z których mleka robi się jogurty, które moja rodzina rano wcina na śniadanie. Tu, na płaskowyżu Paul da Serra. Najpierw krowa wychodząca z przepaści, a teraz widzimy, ze cały teren do drogi jest ogrodzony. To pastwiska.

Że jesteśmy na parkingu przed Rabacalem, widać po dużej liczbie samochodów na parkingu. Ale z miejscami nie ma problemu. Stawiamy toyotę i idziemy wijącą się drogą w dół. Chętni do zapłacenia paru euro za przejażdżkę busem, czyli bardziej wiekowi Niemcy, nie muszą iść. My wszakże wolimy się przejść.



Nawigacja


Strona 1 Strona 2 Strona 3 Strona 4 Strona 5

Strona 6

Strona 7 Strona 8 Strona 9 Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.