Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Górę, której zboczem wije się droga, porasta upiorny las. Powykręcane pnie wrzośców i jałowców (zwanych tu cedrami maderskimi) wyglądają jak z horroru. Tuż przed rozwidleniem szlaków napotykam na sporą, oberwana gałąź. Rozcieram liść w palcach – laur! Gdy będziemy wracać to ja weźmiemy. Zawsze z naszych wycieczek, gdzie rosną laury, przywozimy licie prosto z krzaka. Na Krymie nabraliśmy ze świeżo przyciętego laurowego żywopłotu w Ałupce, z Chorwacji z rosnących na wyspie Ciovo, a teraz z Madery. Jedną, ale znacznie mniejszą gałąź już znaleźliśmy w Ribeiro Frio. Zmieściła się z powodzeniem w miniaturowym bagażniku naszego yarisa, gdzie leżą dwa plecaki i tyleż toreb. Ta jest wszakże naprawdę spora i nie wejdzie do wnętrza pojazdu. Trzeba ją będzie oskubać.

Szlaki się rozwidlają; my idziemy na 25 Fontes (25 wodospadów). Zaraz się rozdzielamy. Asia z Olą popędziły, a my z Krzyśkiem idziemy, pstrykając foty przy każdym ciekawym miejscu. A tych miejsc jest od cholery. Każdy zakręt wypełnionej woda lewady, kamienne płyty chroniące koryto w miejscach zejść ziemnych i kamiennych lawin, małe lewadki, doprowadzające wodę z góry, pstrągi lub palie pływające w lewadach, krajobrazy i pojedyncze drzewa czy rośliny. No, to jest lewada naprawdę modelowa.

A jest co fotografować; upiornie powyginane drzewa, drzewiaste mlecze (skoro jest paproć drzewiasta, dlaczego nie może być pospolitego mlecza drzewiastego? No i ta wspaniała lewada, wykuta w skale, po jednej stronie prawie pionowa albo całkiem pionowa ściana, z drugiej metrowa, a czasami węższa ścieżka, też kuta w kamieniu i przepaść.

W pewnej chwili zastanawiam się, jak to zostało zrobione. Bo lewada płynie w przeciwnym kierunku do naszego marszu, a tu nagle lewada znika i zaczynają się schody w dół. Wynika z tego, że woda wypływa z pionowej skały. I to nie sączy się, ale wypływa już jako całkiem spory strumień.

Przed wodospadami spotykam Asię, która – nie mogąc się nas doczekać – wyszła. No, to jest wodospad. Z kilkudziesięciometrowej pionowej skały spada w dół woda. Niżej widać liczne, znacznie niższe kaskady. W sumie może i jest ich 25. Wszystko znajduje się w pięknej półkolistej dolinie o średnicy niewiele większej od dwudziestu metrów, wysokiej na niemal sto metrów. Tylko gdzie płynie woda? Przecież koryto potoku za wodospadem jest suche. przerzucono nad nim mostek, ale wody nie ma. Okazuje się, że woda została wpuszczona w lewadę.

Pstrykamy zdjęcia wodospadów, mostu, doliny i wracamy. Po drodze znów napotykamy na złamane gałęzie lauru. No przecież nie zostawimy ich. Oskubujemy mniejsze gałązki, pakujemy liście do plecaka i idziemy. Ostatnie schodki i podejścia rodzina pokonuje wyraźnie zmęczona. Na parkingu stoi już tylko nasz samochód. Nie pierwszy to raz, kiedy wracamy skądś ostatni (vide Cabo Sao Lourenco).

Jedziemy przez płaskowyż Paul da Serra. Droga prosta jak strzała, jak z amerykańskich filmów. Na horyzoncie turbiny wiatrowe. A że zaczyna się zachód słońca, nad oceanem widać malownicze chmury, to robimy postój na fotki i podziwianie zachodu słońca.

Skończyły się proste odcinki; znów serpentyny. Obok drogi szumią wodospady. Jedziemy ostro w dół. Coraz ciemniej, droga wilgotna od wody rozbryzgiwanej z kaskad, wiec trzeba się wolniutko toczyć. Gdy już jest ciemno, widzimy przed nami jakąś parę z kijkami. Trochę się zapóźnili, wszak do najbliższej miejscowości ładnych parę kilometrów. Machają, by ich podwieźć. Zatrzymujemy się. To starsze chyba małżeństwo, prosi o podwiezienie. Będzie ciężko; w samochodzie cztery miejsca zajęte, a yaris jest mały. Żona z synem jakoś się ścieśniają i starsi państwo wsiadają. Po angielsku mówią słabo, po hiszpańsku wcale. Mówią w jakimś nieznanym języku.

Jak się okazało, to Duńczycy. Dogadali się z żoną; ja nie słuchałem, musiałem mieć maksymalnie skoncentrowaną uwagę na drodze. Raz, by się nie rozbić, dwa, by w porę zauważyć policję; w pięciomiejscowym samochodzie jedzie sześć osób...

Wpadamy na ekspresówkę, mijamy Camara de Lobos, dojeżdżamy do Funchalu. Gdzie oni chcą jechać? Ale sami powiedzieli, żeby ich gdzieś tu wysadzić. Zjeżdżam wiec na pierwszym zjeździe i zatrzymuję się w pierwszym możliwym miejscu. Ciężko było wrócić z powrotem bo musieliśmy pojechać w przeciwnym kierunku i dopiero na następnym zjeździe szukać drogi w stronę Canico. Ale opłaciło się. Oprócz poczucia spełnienia dobrego uczynku, zarobiliśmy 10 euro. Tyle nam wcisnęli starsi Duńczycy. Wciąż zachodzie w głowę, po cholerę włóczyli się po nocy. Nie wyglądali wszakże na nowicjuszy, może to ich normalny sposób podróżowania.

Na kolacji okazuje się, że nie będzie nam dane spokojnie zjeść. Bo gra i śpiewa zespół folklorystyczny. Wszyscy w charakterystycznych czapkach z czubem. Tylko dlaczego stroje pań jakoś nie przypominają tych południowych, lecz nasze? Może nie są to łowickie pasiaki, ale coś w tym rodzaju. Męskie stroje rzeczywiście południowe; białe spodnie do połowy łydki, takież koszule i czarne kamizelki. Ale panie normalnie jak z Polski. Do tego w zespole, oprócz akordeonu, ukulele i bębna, jest dziwny instrument, jako żywo przypominający kaszubskie diabelskie skrzypce? Też uderza się długim kijem o ziemię, a zawieszone na górze dzwonki i kastaniety hałasują.

Idę po aparat. Pstrykam tańczących i śpiewających. Nagle jedna z tancerek podchodzi do mnie – You want dance with me?

Zanim zdążyłem jej powiedzieć, że nie będzie miała ze mnie pożytku, bo zupełnie nie potrafię tańczyć, widzę, że żona bierze aparat. No, będą jajcarskie zdjęcia, idę! Jakiś młody z zespołu porywa córkę do tańca. Inna młódka bezskutecznie namawia do tańca Krzyśka. Wywijamy ichniejsze hołubce. Idzie mi całkiem nieźle. W kółeczku, potem biorą jakieś małe dywaniki, jeden z zespołu bierze jakąś panią z gości, oboje klękają na dywaniku i całują się. W policzki. Inny prosi do całowania Olę. Jej zadaniem jest wzięcie kogoś innego. A ta, zamiast pociągnąć jakiegoś przystojnego Portugalczyka, bierze... mnie. Do końca jej to wypominałem.

Ja wziąłem swoją partnerkę, babkę gdzieś w moim wieku, wyróżniającą się z reszty zespołu ciągłym uśmiechem.

Potem krążący między stołami wąż z zapraszaniem coraz to nowych gości. Biorą jakiegoś starszego Niemca. który już się nieźle zaprawił winem, najpierw podskakuje, macha rękami, w końcu pada i idzie na czworakach...

Wąż to ostatni etap zabawy. Najstarsza członkini zespołu proponuje zakup płyty grupy i miniaturki owych maderskich diabelskich skrzypiec. 10 euro. Jak się okazało, tyle kosztuje jeden element. A że przezornie wziąłem dwadzieścia, to kupiłem i to i to. I dobrze. Płyta okazała się świetna. A instrument wzbogacił kolekcję Asi, która zbiera dzwonki. To może typowy dzwon nie jest, ale też brzęczy; dźwięk wydają kapsle i kawałki drewna.

Na szczęście zespół sobie poszedł i w końcu mogliśmy zjeść. A byliśmy głodni po bogatym w wrażenia dniu.



Nawigacja


Strona 1 Strona 2 Strona 3 Strona 4 Strona 5 Strona 6

Strona 7

Strona 8 Strona 9 Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.