Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Pico do Areiro, Ribeira Brava, Cabo Girao, Camara de Lobos

Bałem się tego dnia. Wjechać samochodem na górę wysokości Kasprowego Wierchu. Na mapie droga jest prosta, więc istnieje obawa, że biegnie granią do góry, a na szczycie jest stromy parking. Niestety, nie miałem kogo zapytać, bo reszta naszej grupy, która jeździ na wycieczki z biura, jeszcze tam nie była. Jakoż okazuje się że nie. Droga biegnie serpentynami, wcale zresztą nie takimi ostrymi. Parking na szczycie rzeczywiście jest ukośny, ale prawie płaski. Nie było się więc czego bać. Zakładamy grube stroje, bo zimno jak cholera. Owszem, słońce świeci, ale wieje mroźny wiatr. Na polar zakładam przeciwdeszczową kurtkę Asi i wcale nie jest mi specjalnie gorąco. Rodzina zabrała kurski zimowe. Na szczycie widać potężną kulę, pewnie obserwatorium. Chmur nie ma, widać całą Maderę. Z jednej strony wysoki płaskowyż, dalej ostro pocięte granie gór, dalej widać morze i jakąś miejscowość, rozłożoną wokoło góry, prawdopodobnie Santa Cruz. Jeszcze dalej w oddali majaczy Funchal.

Idziemy na Pico Ruivo? Nie wchodzimy na góry tylko dlatego, że istnieją, więc nie musimy iść daleko. No to podejdziemy sobie może na następną górę i tam zdecydujemy, co dalej. Idzie się całkiem przyzwoicie, wejście na Krywań było trudniejsze.

Nagle spotykamy... Duńczyków, których wczoraj podwoziliśmy. Oni już wracają z Pico Ruivo. My idziemy w tamtym kierunku. Podziwiamy widoki na punkcie widokowym Pico do Cidrao. I idziemy dalej. Doszliśmy do przewężenia i uznaliśmy, że nam wystarczy. Wracamy. Bo i dziś wbrew pozorom jest dzień z bogatymi planami.

Po drodze zatrzymujemy się na kolejnym płaskowyżu z krajobrazami jak z Teletubisiów i lewadą wykopaną w ziemi. Zaraz potem wspaniały las; potężne cedry, a na dnie zielona trawa. I grzyby jak się okazuje. Ale wolimy ich nie próbować.

Teraz do Monte. Zatrzymujemy się niemal na zakręcie, wciskając się pomiędzy dwa samochody. Podjeżdża bus. Wysiada kilkunastu facetów ubranych na biało, w białych panamach. To pewnie przyjechali do pracy ci, co pchają sanki. Na placu stragany m.in. z kapeluszami i czapkami, które mają udawać te ludowe, z czubem. Marna to podróbka; właściwe to czarna, mała, niemal jarmułka wydłużająca się w szpic, a tu spora, kolorowa krymka, jaką noszą co ekscentryczniejsi artyści (Czesław Niemen między innymi) z doczepionym, kiwającym się na wszystkie strony, usztywnionym drutem chwostem. Asia kupuje sobie takową.

Idziemy do kościoła, gdzie jest pochowany ostatni cesarz austriacki Karol I. Biało-czarną bryłę świątyni z szeroko rozstawionymi wieżami widać z daleka. Prowadzą do niej szerokie, strome schody. Wnętrze kameralne, jak we wszystkich pozostałych, które widzieliśmy lub mieliśmy zobaczyć (Seixal, Funchal, Camara de Lobos, Ribeira Brava). Grób cesarza skromny, schowany w bocznej kaplicy.

I czekamy na chętnych do zjeżdżania na saniach. Dzieci miały ochotę, ale natychmiast ją straciły słysząc, że dwuosobowa przejażdżka to 25 euro. Jakoż trafiła się para chcąca zjechać. Panowie rozpędzają sunące po asfalcie sanie, wskakują na nie, na zakręcie komicznie zakręcają i znikają za zakrętem. Pstryknąłem parę zdjęć, dowiedziałem się gdzie jest ogród tropikalny, który wszyscy polecają odwiedzić. Ale drogo jak cholera. Bilet wstępu 10 euro. I nie ma ulgowych. Ale dzieci do 15 lat za darmo. Może uda się z Oli zrobić czternastolatkę..? Po drodze zaglądamy do parku u podnóża góry z kościołem i jedziemy. Ekspresówką do końca, potem na Ribeira Brava. Jakoż udało się zaparkować w centrum, przy głównej ulicy. Znów wcisnęliśmy się w lukę pomiędzy dwoma samochodami. Idziemy do kościoła, najstarszego na Maderze. Spacerujemy nadmorskim bulwarem, kupujemy miejscowe bułki z nadzieniem kurczakowym, wchodzę jeszcze raz do kościoła, bo wyczytałem w przewodniku, że jest w nim wyjątkowo cenna chrzcielnica, rzeźbiona w wilczej głowie. Rzeczywiście ciekawa.

Wracając do samochodu widzimy policję, bez litości wlepiającą mandaty tym, co zaparkowali na zygzakowatej linii przystanku. Na stromym zakręcie wolno parkować, ale na równej, prostej ulicy, tyle że ze znakiem przystanku - nie wolno.

Teraz Cabo Girao, drugi w Europie (po najwyższym, na Wyspach Owczych) klif, pionowa skała wznosząca się 580 metrów ponad ocean. Zdjęcia z tego miejsca wychodzą nieciekawe, bo i inne nie wyjdą. Tu chodzi o wrażenie patrzenia w dół. Skręcamy, gdzie każe drogowskaz, ale potem zgłupiałem; drogowskazów nie ma. Intuicyjnie pojechałem w tę, a nie inną drogę. Jedziemy coraz wyżej do góry, coraz bardziej ciasnymi zakrętami, więc to pewnie tu. W końcu dojeżdżamy na obszerny parking. I w dalszym ciągu żadnego znaku, że to tu. Ale widzimy robotników, maszyny budowlane, i tablicę, że Unia Europejska poprzez projekt numer – tu ileś cyferek przedzielonych kropkami, działanie – tu ileś cyferek i kropek – dofinansowuje przedsięwzięcie o nazwie przebudowa punktu widokowego Cabo Girao. No to trafiliśmy. I pewnie dlatego nie ma oznaczeń; stare odpadły, a nowe będą zamocowane po zakończeniu przedsięwzięcia.

No, widok rzeczywiście imponujący. Cierpiący na lęk wysokości powinni omijać to miejsce; w dole rzeczywiście widać tylko mały spłachetek pola, ale ten widok... Zdjęcia rzeczywiście nie oddadzą tego.

Wracając jeszcze zatrzymujemy się pstryknąć foty kolorowych (w styczniu!) pól i do Camara de Lobos. Ma to być wioska rybacka, tak piszą wszędzie w przewodnikach, tymczasem wjeżdżamy do sporego miasta. Wszędzie pola tarasowe obsadzone niemal wyłącznie bananowcami. I pytamy, gdzie jest port rybacki. Wszyscy patrzą na nas dziwnym wzrokiem, twierdząc, że najbliższy port jest w Funchalu. Zaledwie jedna osoba pokazała nam, w którą stronę idzie się do portu. Mijamy dwa hipermarkety – trochę dużo jak na wioskę – w końcu widzimy w oddali morze i wieżę kościoła – pewnie tam jest port. Rzeczywiście, trafiamy na schowaną za skałami i wysokim betonowym falochronem zatokę, na końcu której na brzegu leżą dziesiątki mniejszych lub większych łodzi. To tu.

Ale rzeczywiście, portu tu raczej nie ma. Robi się wieczór, rybacy powinni się szykować do połowu, tymczasem w porcie nie ma nikogo, a wszyscy mężczyźni siedzą w pobliskiej knajpie i rżną w karty.

Nagle do portu podjeżdża van, wysiada zeń jakaś korpulentna paniusia w sukni balowej. I schodzi do portu. Za nią gość z kamerą, drugi z magnetofonem, trzeci z mikrofonem, do tego babka z papierami. Stają między łodziami, ten z magnetofonem włącza muzykę, a babka w sukni zaczyna „śpiewać”. Kamerzysta kreci ją w koło (dosłownie), a reszta ekipy chodzi za nim, co wygląda komicznie, jak księżyce jakiejś planety. Staram się im nie wchodzić w kadr, ale parę razy pewnie się załapałem.

Pytamy oglądającą przedstawienie z oddali dziewczynę, czy wie, co to za kobieta. pewnie że wie. To Vania. A kto to jest? Piosenkarka (singer)? Ta odpowiada że tak, ale śpiewająca jakąś portugalską pieśń. Jak się potem okazało, to Vania Fernandes, reprezentantka Portugalii na konkurs Eurowizji, piosenkarka i nauczycielka muzyki.

Jeszcze spacer po wąskich uliczkach, chłonięcie sennej atmosfery tropikalnego wieczoru. Szybko zrobiło się ciemno, więc wracamy do hotelu, wcześniej tankując do pełna. Jutro wszak oddaję samochód.



Nawigacja


Strona 1 Strona 2 Strona 3 Strona 4 Strona 5 Strona 6 Strona 7

Strona 8

Strona 9 Strona 10

Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.