Madera

Madera - jedna z wysp archipelagu na Oceanie Atlantyckim, nazywana wyspą wiecznej wiosny, ze względu na swój łagodny klimat.

Madera

Porto Santo

Porto Santo - mała wysepka o powierzchni 42,5 km2, która leży 43 km na północny wschód od Madery, od której diametralnie się różni.

Porto Santo

Desertas

Wyspy Desertas to grupa trzech długich i wąskich wysp, które rozciągają się na odległość 23 km w kierunku północ-południe.

Wyspy Desertas

Selvagens

Wyspy Selvagens to mały niezamieszkany archipelag, mniej więcej w połowie drogi między Maderą i Wyspami Kanaryjskimi.

Wyspy Selvagens


Wasza Madera - relacja Rafała

Madera

Powrót

Z rana pakowanie, ostatnie pstrykanie fotek wschodzącego słońca nad archipelagiem Desertas podczas śniadania i zaraz pakujemy się do autobusu, który nas wiezie na lotnisko. Nadawanie bagażu poszło bardzo sprawnie. Gorzej z pogranicznikami. Po prześwietleniu bagażu pokazali: tu są dwie butelki – to w moim plecaku. I tu też są dwie – to na torbę żony. Cóż, nie latamy z biurami ani jako przemytnicy, to nie znamy zasad. Cztery flaszki madery stracone. Na szczęście początkujący polityk, który był w naszej grupie podpowiedział, co można zrobić. Nadać je jako bagaż delikatny. Pytam strażników, czy mogę zabrać flaszki na dół. Oczywiście. Niosę je na dół i pytam rezydentek, co robić. Te sugerują, bym najpierw dogadał się z którymś z pasażerów, by mi zapakował do swoich bagaży. Wszyscy uciekają ode mnie jak oparzeni. No to polecają mi zorganizować jakąś torbę. Pędzę więc na górę po plecak. Po drodze oczywiście przechodzę kontrolę biletów i przechodzę przez bramkę. Na dole pakuję owinięte w ręczniki flaszki do plecaka, co wcale nie jest proste. Ale panie żądają, abym to owinął folią. 5 euro mnie to kosztuje. Rezydentek już nie ma, ale zdążyły wszystko powiedzieć babkom odprawiającym bagaże. Te od razu kierują mnie na stanowisko 41. Ale takiego nie ma! Kończą się na czterdziestym. W biurze, które wskazywałoby na numer 41 facet mówi mi, że to jest na górze. No to znów na górę (gość od biletów już nawet nie sprawdza mojego). Pytam strażników, gdzie jest 41, bo mnie tu odesłano. Mundurowi się wściekli; zadzwonili gdzieś i kazali mi zejść na dół. Na dole facet od biletów od razu mi pokazał, że mam iść do biura, z którego mnie wysłano na górę. Tym razem nie było problemów; gość przyjął bagaż bez gadania.

Idąc na górę mówię wszystkim, że mam nadzieję, że ostatni raz tędy dziś przechodzę...

Kupujemy wodę, bodaj najdroższą na świecie, 3,6 euro za flaszkę. Lotnisko wszak chce zarobić. I zaraz wzywają do samolotu.

Tym razem na ekranach opuszczających się z sufitu nie tylko pokazują parametry lotu i nasze miejsce na mapie, ale także puszczają filmy, Toma i Jerry oraz przygody Scooby Doo. Po iluś godzinach widać ośnieżone szczyty Alp. Ale zaraz, to przecież chmury, bo o tej porze nie powinno być tyle śniegu. Dopiero po powrocie uświadomiliśmy sobie, że właśnie o tej porze w Alpach powinno być tyle śniegu, bo mamy styczeń, a nie późną wiosnę, z jakiej powracamy.

Podchodzenie do lądowania mocno przeżyłem. Gdy samolot zaczął się obniżać, poczułem, że coś niedobrego dzieje się z moim okiem. Zaraz poczułem, jakby z mózgu do jego wnętrza biły żyłami i tętnicami pioruny piekielnego bólu. Trwało to kilkanaście minut. Aby żona nie narobiła paniki, chowałem się, ale Krzysiek zauważył, że ze mną coś nie tak. Na szczęście po wylądowaniu mi przeszło.

Warszawa przywitała nas deszczem. Już się bałem, że straciliśmy wino. Mamy wszystkie bagaże, a małego pakunku nie ma. Już miałem się rozglądać za kimś, kto mi powie, gdzie się dobiera bagaż delikatny, gdy ze zsypu bezceremonialnie wraz z innymi torbami spadł mały, owinięty w folię plecak. Na szczęście w środku nic nie chrzęściło.

Butelki zostały rozdysponowane. Jedna do rodziców, druga do teściów, trzecia do znajomych, którzy opiekowali się naszą zwierzyną (świnki morskie i żółw), czwarta do dobrych znajomych. Jak się okazuje, zrobiliśmy dobry interes. Co prawda takiej madery nigdzie nie u nas widzieliśmy, ale zapamiętałem porto, które na Maderze kosztowało niecałe 5 euro, a w moim osiedlowym markecie trzeba było za nie zapłacić 60 zł (!).

Maderskie reperkusje trwały wszak znacznie dłużej niż pobyt. Dwa tygodnie po powrocie, wieczorem córka nagle zaczyna piszczeć. Połknęła kawałek korzenia difenbachii. Dotknąłem go językiem – momentalnie poczułem, jakby się weń wbijały ostre igły. Natychmiast na pogotowie. Tam jakiś niedouczony konował kazał wracać do domu, zwymiotować i przepłukać żołądek wodą z solą. Okazało się to nieskuteczne, bo córka i tak wylądowała w szpitalu na niemal tydzień. Tłumaczyła, że sądziła, iż przeznaczony do wyrzucenia kawałek korzenia tej trującej rośliny jest przywiezioną z Madery... trzciną cukrową.



Nawigacja


Strona 1 Strona 2 Strona 3 Strona 4 Strona 5 Strona 6 Strona 7 Strona 8 Strona 9

Strona 10



Relacje zamieszczone w dziale Wasza Madera przedstawiają poglądy ich autorów. Redakcja madera.org.pl nie odpowiada za treści zamieszczone w tym dziale.